Ksišżka
Z pamiętnika młodej mężatki
data wydania:
8 czerwca 2007
ISBN: 9788360504338
cena: 27,95 zł
wymiary: 125 x 195
liczba stron: 208
oprawa: miękka
Kiedy nie jest się Ally McBeal, ani rodzimą Magdą M. i nie uprawia się seksu w wielkim mieście, można być... Martą Skierą, czyli młodą mężatką, prawniczką z poczuciem humoru, która potrafi wcielać się w wiele życiowych ról.
Recenzje
2007-09-18
(...) Marta Skiera w swoim debiucie, Z pamiętnika młodej mężatki, sięga po bardzo lubianą formę wyrazu – pamiętnik. Wydawałoby się, że nie ma sensu zagłębiać się w tę lekturę, bo o czymże do poduchy może pisać młoda mężatka? Wznosić się na skrzydłach miłości nad walorami własnego męża? Tryumfować z powodu doprowadzenia tego upragnionego do ołtarza, tudzież pisać o zawodach związanych z pierwszymi miesiącami małżeńskiej egzystencji? Ewentualnie rozpływać się nad pikanterią nocy poślubnej? Kto tak obstawiał, ten grubo się mylił. Marta Skiera jest i owszem młodą mężatką (żoną Piotra) z kilkuletnim stażem, kilkuletnim maleńtasem Kajtusiem i jak sama o sobie mówi w pierwszych zdaniach swojego pamiętnika „babą w ciąży”.
2008-07-03
Pewien mój znajomy, rzekł kiedyś: „Czytać to ja mogę wszystko, nawet papier toaletowy, ale babskiej książki do ręki nie wezmę, chyba aby w ogień wrzucić...” Nie da się ukryć, że pod powyższą, błyskotliwą myślą podpisałoby się oburęcznie, tudzież obunożnie mnóstwo samców. W tym niniejszy recenzent, do czego ów przyznaje się bez bicia, wyrywania paznokci, oglądania polskich seriali czy też innych wyrafinowanych tortur. A jednak, przyszło mi na myśl kilka dobrych powodów, dla których warto jednak od czasu do czasu porzucić swoje uprzedzenia (czytaj: męską konsekwencję) i zajrzeć „za linię frontu”. Czemu? Po pierwsze: bo na wojnie wygrywa ten, kto więcej wie o przeciwniku. Po drugie: bo ciekawość. Po trzecie: bo czasami trzeba w życiu zrobić coś szalonego. Po czwarte: BO TAK!! I w ten właśnie sposób trafiłem na książkę, którą niniejszym chciałbym poddać recenzji. Zasiadłem do niej pełen optymistycznego zapału (tzn. święcie przekonany, że to kolejny „babski” gniot) i... przeczytajcie co z tego wyszło.




























